Można odetchnąć z ulgą, ale i z niedowierzaniem, że po prawie czterech godzinach spektaklu, wprawdzie nienudnego, akcja wraca do punktu wyjścia. Scena z wesela Don Kichota z Dulcyneą wybraną w castingu, jakby ze starego nagrania amatorską kamery albo z taśmy VHS, stanowi klamrę długiego przedstawienia o równie niekrótkim tytule – „Don Kichot rzewne pieśni kobiety
Radosław Rychcik postanowił połączyć losy władcy Teb ze współczesnym biurem, jak podejrzewam, w korporacji oskarżonej o negatywny wpływ na środowisko. Niestety intencje tego skojarzenia nie są czytelne, zwłaszcza że bohaterowie niezmiennie rozprawiają słowami Sofoklesa o losach starożytnego kraju, co powoduje dysonans. „Króla Edypa” rozpoczyna bieganie aktorów z prawej strony sceny na lewą na tle fototapety