Laurka dla nowego bohatera

Spektakl w reżyserii Michała Siegoczyńskiego “Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” przygotowany w Teatrze Miejskim w Gliwicach jest groteskową laurką dla najsłynniejszego w obecnej historii RP mieszkańca – Zdzisławowi Najmrodzkiemu, jaką teatr i miasto były winne. Gliwice w najnowszej historii utraciły swoją niemiecką tożsamość. Dzięki temu najpopularniejszemu ze złodziei stały się znów rozpoznawalne. Dokładnie tacy bohaterowie miejskich legend stają się idolami lokalnych społeczności, nie zważając na to czy są pozytywni czy też nie, a co ważne swoimi ucieczkami udawało mu się oszukać system, który uwierał wielu obywateli.

 

Zdzisław Najmrodzki, tytułowy bohater, był osobą kontrowersyjną. W czasach schyłku PRL-u, kiedy kolorowy zachód wdzierał zza progu, był zwiastunem nadchodzących zmian. Wyjęty niczym z hollywoodzkiej produkcji znany nie tylko z licznych kradzieży (swoją drogą głównie towarów luksusowych), ale również licznych romansów, zamiłowania do stołowania się w najlepszych restauracjach, szaleńczych rajdów i co ciekawe poezji. Można bez oporów powiedzieć, że stał się gwiazdą lokalnego świadka. Fabuła jest wielowątkowa, a narracja dwojaka. Wypowiada się tutaj sam Zdzisław Najmrodzki (w tej roli Mariusz Ostrowski), a fragmenty jego życiorysu są przeplatane słowami jego matki (Aleksandra Maj). Twórcy opowiadają jego historię wykorzystując wiele wątków barwnego życiorysu. Pytanie  czy warto, aż tak nasycać treścią przedstawienie, wydłużając jego czas do granic wytrzymałości widza? Ta mnogość powszechnie znanych faktów życiorysu Najmrodzkiego, a w tym przedstawienie jego rodziny z początkami złodziejskiego fachu, spektakularnej ucieczce z gliwickiego więzienia, małżeńskiego epizodu, a nawet aktu łaski Prezydenta Lecha Wałęsy gubić uwagę i z czasem męczy.

 

Zaskakująca i nieoczywista jest scenografia, początkowo można odczuć złudne wrażenie dekoracji typowej dla farsy, po dwóch stronach sceny lustrzane ściany z kilkoma drzwiami, a w centrum monstrualna sofa, nic bardziej mylnego. Okazuje się, że jest to tylko tło, a akcja rozgrywa się w przeróżnych miejscach, czasem też niedostrzegalnych przez widzów, jak orkiestron pełniący tutaj rolę więzienia. Naszym okiem są dwie kamery, które towarzyszą aktorom niemal przez cały czas, obraz jest rzutowany na ekran umieszczony nad sceną. Ten dość popularny zabieg w teatrze współczesnym ostatnich lat, co niewątpliwe pozwala na bieżąco mieć kontakt z oddalonymi aktorami i w intymny sposób śledzić mimikę ich twarzy,  jednak męczy fakt, ciągłej obserwacji ekranu, nie sceny.

 

Główna rola w którą wcielił się Mariusz Ostrowski to wyrazisty bohater, który z dumą opowiada swój życiorys.  Czasem ma zabawnym tonem, który na dłuższą metę jest męczący i gryzie się z osobą przestępcy, którego widzimy jako dowcipkującego sentymentalnego romantyka. Drugą osobą, która w znaczny sposób się wyróżnia, to Aleksandra Maj, której w udało jej się pokazać prostą i skromną kobietę, która jest świadoma czynów popełnianych przez syna, ale niepotrafiącą ukryć dumy z jego sławy, bije od niej pewność prawdy w każdego wypowiadanego słowa. Podziw należy się Mariuszowi Galilejczykowi, który wcielił się w największą ilość postaci, a każda jego kreacja jest inna, niepodobna do poprzedniej.

 

Mimo rozbudowanej fabuły reżyserowi spektaklu “Najmrodzki, czyli dawno temu w Gliwicach” udało się stworzyć widowisko, które czerpie garściami z czasów głównego bohatera. Zobaczymy tutaj podróż Polonezem, Sławomira Borewicza, skorumpowanych milicjantów, hipisów, a nawet szaloną dancingową zabawę. Pamiętający te czasy z pewnością będą mogli wrócić myślami do wspomnień, a młodsza widownia będzie mogła unaocznić opowieści rodziców lub dziadków i zobaczyć, że ten czas nie był aż tak szary, jak dawne fotografie.

Udostępnij: