Lab -3-

Po prawie godzinnym oczekiwaniu profesorka przywitała mnie bardzo serdecznie. Jak zawsze z wypisanym na twarzy tym swoim serdecznym uśmiechem. Jeszcze bardziej orał on zmarszczki na jej zmęczonym upływającym czasem obliczu. Bardzo żwawo otworzyła drzwi swojego gabinetu, który przypominał zagracone mieszkanko osoby cierpiącej na kolekcjomanię.  Wszędzie leżały zakurzone stosy czasopism naukowych, a z regałów wylewały się opasłe tomy literatury chemicznej. Tylko jej małe biureczko, umiejscowione pod oknem wydawał się nie pasować do reszty. Fornir lśnił w słońcu, nie można tam było odnaleźć najmniejszej drobiny kurzu.

Po wejściu do gabinetu profesorka zaproponowała, żebym usiadł na rozchwianym zydelku na wprost jej biurka. Sam po zajęciu miejsca za nim, nieoczekiwanie zaproponowała colę z lodem. Był to naprawdę upalny dzień, jak na maj. Podziękowałem grzecznie, bo uważałem że mimo wszystko takie spoufalanie się z profesorem jest nie na miejscu, ale ona już wyjmowała z małej lodóweczki spod biurka kostki lodu. Wydawała się nie słyszeć mojej grzecznej odmowy. Kiedy wspominam tamten moment, mogę przyznać, że gdybym tylko tak spoufalał się z wykładowcami wszystko dziś wyglądało by zupełnie inaczej. Tymczasem zgrabnym ruchem umieściła po kostce w dwóch obdrapanych szklankach z duraleksu i zalała je colą, którą wyciągnęła również z ukrytej lodóweczki. W tamtej chwili trochę mnie to zdziwiło, że ta starsza już w sumie kobieta ma schowaną pod biurkiem colę. Dziś bym to zupełnie inaczej odebrał.

Jednak jest to dziś, sytuacja wygląda zupełnie inaczej i inaczej odbieram panią profesor. Podsunęła mi pod nos szklankę i bez ogródek zapytała:
– A więc dobrze, Pan hmmm? dobrze, Pan chce dołączyć do nas w wakacje? dobrze? zajmie się panem Pani doktor z którą mieli państwo ćwiczenia, dobrze? Zna ją Pan, tak? Miał z Pan z Panią doktor, dobrze jak się nie mylę zajęcia w semestrze zimowym, dobrze? – przez cały czas nie wypowiedziałem żadnego słowa, profesorka odpowiadała tym swoim “dobrze?” za mnie. – To teraz pana zaprowadzę do laboratorium i przekaże w ręce Pani doktor, dobrze? No to dobrze!
Po tym krótkim monologu dopiliśmy szybko nalaną colę. Pamiętam to mroźne i piekące uczucie w moim gardle, kiedy błyskawicznie przełykałem jeszcze nie do końca roztopiony lód. Pani profesor zaprowadziła mnie do laboratorium, zwanym przez nią labem. Było to moment, kiedy to słowo weszło na stałe do mojego słownika. Wówczas jeszcze było zupełnie nowe i świeże, budzące we mnie fascynację i powodujące, że na moich policzkach pojawiał się rumieniec pasji. Była to kolejna rzecz, która mi nie pasowała do wizerunku tej starszej kobiety, która w gruncie rzeczy mogła by być moją babcią. Bił od niej jakiś konflikt, który niebawem przyszło mi poznać.

c.d.n.

0
Udostępnij: