Lab -1-

Ostatni rok był dla mnie czasem pełnym zmagań z samym sobą, otaczającym mnie światem i zasadzkami, jakie ten świat dla mnie przygotował. Kiedy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, przed rokiem byłem zupełnie inną osobą. Młody chłopak, beztrosko przyjmujący każdy nowy dzień stał się poważnie stąpającym facetem z lekkim brzuszkiem i bagażem doświadczeń. Wykorzystany i pozostawiony samemu sobie. Przed tym rokiem wszystko wyglądało inaczej, dni wydawały mi się weselsze, a słońce jaśniejsze. W każdej najdrobniejszej rzeczy dostrzegałem pozytywne aspekty. Każda spotkana osoba była nieodkrytym lądem, który chciałem odkryć i poznać. Można powiedzieć, że byłem duszą towarzystwa, osobą której wszędzie było pełno. Lubiłem skupiać na sobie uwagę otoczenia. Dzisiaj unikam nawiązywania nowych kontaktów i znajomości, a z dawnymi przyjaciółmi, nawet z tymi najlepszymi urwałem kontakt. Dziś ci wszyscy kiedyś ważni są dla mnie obcymi ludźmi. Stali się od czasu do czasu przypominającymi o swoim istnieniu cieniami przeszłości i dawnego mnie. Może jest w tym odrobinę mojej winy, a może tylko wydarzenia sprzed ostatniego roku to spowodowały. Jak to mówi mój terapeuta, każda sytuacja z teraźniejszości, czy nawet przyszłości ma związek z przeszłością. Pierdolony bumerang życia, krążący z kąta w kąt naszego jestestwa. To określenie już sam dopowiedziałem.

Również pomysł z przeniesienie moich wspomnień na papier wiąże się z pomysłem terapeuty. Jakby go nie nazwać jest zwykłym psychologiem. Zresztą pewnie przeciętnym, bo refundowanym przez NFZ. Pewnie sam też ma swoje problemy i musi się siłować z tym śmierdzącym wieczną porażką życiem. Ja jednak wolę nazywać go terapeutą, bo odzywa się we mnie mizerny dymek papierosowy mojej osoby sprzed roku. Osoby dzielnej i przebojowej, której nigdy by nie przyszło do głowy by wylądowała u psychologa po głębokim załamaniu nerwowym. Mimo, że początkowo uznałem jego pomysł za kompletną głupotę i kuriozum, teraz z każdym nowo wystukanym na klawiaturze słowem czuje, że coraz bardziej mi się podoba. Zawsze przecież marzyłem żeby zacząć pisać, szkoda tylko że realizuję dziecinne fantazje w takim czasie i stanie ducha. Może chociaż pomoże mi się to znów narodzić dla świata i stanie się dla mnie furtką z ogrodu ponurej codzienności. Na razie jej zawiasy są pokryte grubą rdzą, która pozwala tylko na uchylenie cienkiej szpary na jasne i ciepłe słońce przyszłości. Spróbuję, aby chociaż wszystkie wspomnienia odtworzyć jak najdokładniej. Będzie to trudne, bo moja podświadomość usilnie stara się usunąć je z mojej pamięci. Będzie to trudne, ale nie pominę żadnego, nawet najbardziej dla mnie ciężkiego szczegółu. Wówczas takie okłamywanie samego siebie nie ma sensu. O ile w ogóle taka pisanina ma sens? Przynajmniej dla terapeuty z obskurnego gabineciku z widokiem na przyszpitalny śmietnik i trupiarnie ma sens.

Wszystko zaczęło się rok i miesiąc temu. Był maj i zbliżałem się do pierwszej sesji letniej na studiach. Byłem w tamtym czasie jeszcze bardzo ambitny i przebojowy. Studiowałem moją ukochaną od pierwszej lekcji w gimnazjum chemię. Była ona moją pierwszą miłością. Fascynowała, pochłaniała mnie do głębi i stałą się nieodłączną częścią mojego dnia codziennego. Niestety z biegiem czasu okazała się być rudowłosą pięknością z secesyjnych obrazków, która pod subtelną maską papier mache skrywa upiorną twarz famme fatal. Modliszką pożerającą swojego partnera w szczycie miłosnego aktu. Makabryczną czarną wdową.

(…)

Udostępnij: