"Czarownice. Wszystkich nas nie spalicie" fot. Marcin Oliva Soto

Kocioł patriarchatu wykipiał

„Czarownice. Wszystkich nas nie spalicie” to kolejny spektakl Iwony Kempy, po „Kobiety objaśniają mi świat”, o tak silnym feministycznym ładunku, który reżyserka przygotowała z zespołem Teatru Nowego Proxima w Krakowie. Scena i tym razem kipi od haseł głoszących siłę kobiet, jednak zostały one zestawione z mitem czarownicy, z tym, jak dziś funkcjonuje w społecznej świadomości. Jest to nie tylko manifest podgrzewający ducha Strajku Kobiet, ale i przestroga, że ślepa wiara w słowa może doprowadzić do tragedii setek niewinnych. Pochodzę z rodziny, w której kobiety silnie stąpają po ziemi, przejmują rolę głównodowodzących, przedstawienie i przekaz z niego płynący są mi naprawdę bliskie.

Od samego początku wiadomo, że nie kostiumem, czy wymyślną scenografią Kempa będzie prowadzić spektakl. Scena jest prawie pusta, za wyjątkiem perkusji, czterech bębnów i małego rusztowania (scenografia i kostiumy Joanna Zemanek). To skromne tło stanie się niebawem miejscem, gdzie – mimo wieków upokorzeń, gnębienia, uprzedzeń, pozorów, insynuacji, umniejszania intelektu, poniżania, pozbawiania życia z powodu snu lub innego widzimisię – zatriumfuje siła płci, którą niektórzy zwą piękną, ja odważę się powiedzieć silną. W końcu trzeba nie lada wysiłku, żeby wydać na świat życie i pozostać osobą otwartą na kolejne wyzwania, które stawia los. Aktorki ubrane w kwieciste sukienki, mogące w pierwszym momencie przypominać babcine podomki, z siłą huraganu wcielają się w kolejne bohaterki, oskarżone o współpracę z diabłem i bycie czarownicą. Może się to wydawać bardzo odległe od współczesnych realiów, ale dramaturgia Iwony Kempy i Anny Bas jest zbudowana na kontrastach, a poszczególne historie się umieszczone w różnych momentach przeszłości. Możemy poznać losy kobiet płonących na stosach, czy ściganych przez inkwizycję, by za chwilę przejść do nastolatek ubierających się na czarno poddanych egzorcyzmom, czy do przesłuchania dojrzałej kobiety, zatrzymanej podczas ubiegłorocznych strajków. Niezależnie od czasu, zeznania są podobne, ich motywacja to opór przeciw męskiej dominacji, a sytuacja, w której są pozostawione – beznadziejna.

Symbolicznym reprezentantem patriarchalnego oprawcy jest w „Czarownicach” postać grana przez Sławomira Maciejewskiego. Na początku, kiedy aktorki odgrywają rytuały będące symbolicznym sabatem, obserwuje je z rusztowania, które niczym samotna wieża góruje nad sceną. Później ze zgorszeniem wygłasza do nich przemowę. Jednak jego siła jest pozorna, tkwi w podniesionym głosie, przypominającym kościelną intonację, w rzeczywistości się zżyma i boi istot mogących zaszkodzić jego reputacji. Widać wyraźnie, że przemocą stara się podnieść poczucie własnej wartości. W końcu to mężczyźni pod płaszczykiem religii katolickiej przez wieki oskarżali niewinne kobiety o konszachty z diabłem. W spektaklu ten ton zostaje zdominowany przez moc feministycznego głosu.

Mimo że przez większość czasu prezentowana jest przemoc w formie wymyślnych tortur i rygorów (palenie na stosie, pławienie, egzorcyzmowanie, przesłuchania łamiące podstawowe prawa człowieka, zakaz aborcji), to za sprawą tempa nadawanego przez perkusję (Lilianna Zieniawa) i masywne bębny (aktorki mają je podczepione do pasów), można poczuć pozytywną energię i spojrzeć z nadzieją na przyszłość. To co złe, ciemne i uznawane za demoniczne to przeszłość. Przyszłość tkwi w jedności, a że kobiety potrafią działać w grupie udowodniły ubiegłoroczne strajki. To co aktorki pokazują to tylko ich namiastka, która mimo wszystko jest na tyle energetyczna, że zachęca do nieulegania stagnacji, by każdego dnia stawać w obronie prawa do godnego życia. Niewątpliwą frontmanką jest Martyna Krzysztofik, której osobowość wypełnia scenę. Nie wolno mi nie wspomnieć o Annie Tomaszewskiej, której relacja z przesłuchania na komisariacie, przeradzającego się w inkwizycyjne tortury, sprawiła, że po spektaklu długo nie mogłem zasnąć, wyobrażając sobie cierpienie fizyczne i psychiczne jej bohaterki. Nie mniej przerażające są relacje Małgorzaty Gałkowskiej i Katarzyny Anny Małachowskiej, egzorcyzmowanych nastolatek. Te trudne do opisania przeżycia, zostały pokazane w sposób trwale zapadający w pamięć. Ogrom bezsilności wobec patriarchalnej przemocy nie mógł się inaczej skończyć, jak sprzeciwem kobiet, które w obliczu groźby uwstecznienia zdobytych praw wychodzą znów na ulicę.

W spektaklu Kempy została umieszczona szczypta absurdu, pomagająca choć odrobinę złagodzić ładunek emocji zawarty w kliszach z dziejów kobiet uznawanych za czarownice. Szczególnie moment, kiedy Maciejewski uzbrojony w klika plastrów salcesonu usiłuje wygnać demona wegetarianizmu z niejedzącej mięsa (Małgorzata Gajewska) lub odczytuje z powagą fragment ankiety punktującej zachowania sprzyjające opętaniu. Przerażające jest to, że to nie fikcja, a realne wydarzenia, dziejące się tu i teraz. Można odnieść wrażenie, że średniowiecze nie jest aż tak odległe od tego, co obecnie kościół i prawicowi entuzjaści nam wmawiają. Trzeba mieć nadzieję, że waleczny płomień determinacji kobiet nie zgaśnie, ich głos doprowadzi do tego, że wszyscy dotrwamy do lepszej przyszłości, kiedy wiedźma będzie tylko bajkowym straszydłem, a nie groźbą utraty życia.

Anna Bas i Iwona Kempa
„Czarownice. Wszystkich nas nie spalicie”
reżyseria: Iwona Kempa
Teatr Nowy Proxima w Krakowie, premiera 10 września 2021
występują: Małgorzata Gałkowska, Martyna Krzysztofik, Katarzyna Anna Małachowska, Anna Tomaszewska, Lilianna Zieniawa, Sławomir Maciejewski

Nowa Siła Krytyczna

0
Udostępnij: