Indygo – 5 –

Przez całą drogę chłopak właśnie zwracał uwagę głównie na nich. Obserwował ich i w duchu podziwiał. Oczywiście można to było odczytać z jego spojrzenia, ale nie wiadomo jak było naprawdę. Nie było najmniejszego momentu, żeby jego głębokie i pełne intensywnego, niebieskiego blasku spojrzenie nie było zwrócone właśnie na nich. Nie podróżował, jak to miał w zwyczaju, a raczej jak jego dusza go nauczyła. Zazwyczaj jadąc gdzieś autobusem był bez kontaktu z otoczeniem wewnątrz, za to skupiał całą swoją uwagę na otoczeniu zewnętrznym. Jego dusza zawsze była po przeciwnej stronie szyby. Podążała nieustannie za jego spojrzeniem. Przeskakiwała mijane znaki drogowe, dachy przystanków, billboardy, drzewa i ustawione w nie pasującym do naturalnego porządku równe rzędy latarni drogowych. Tym razem dusza została w środku. Jeden z nielicznych razów podróżowała po wewnętrznej stronie szyby. Zapatrzyła się właśnie w tę parę staruszków i na chwilę zapomniała o celu swej podróży. Było w nich coś co ją wyciszyło, coś czego taka dusza szuka w życiu swojego nosiciela, bo każdy człowiek jest nosicielem duszy, takiej jaka go wylosowała. Jego życie jest w znacznej mierze zależne od duszy.

 
Mimo panującej we wnętrzu autobusu złudnej ciszy i senności, on z pełną werwą przemijał swoją codzienną trasę. Był jak pracowita mrówka, która musi przenieść zadany jej
ładunek, tylko po to żeby cała jej mrówcza społeczność mogła przetrwać. Żwawo zatrzymywał się na kolejnych przystankach i zgarniał kolejne porcje ospałych karmicieli swoich rodzin. Był trochę jak ogrodnik, który jesienią zamiata kolorowy dywan liści z jeszcze chcącego być zielonym trawnika. Mijał dopiero zaczynające się złocić jesiony, które mimo swojej pospolitości każdej jesieni, nawet tej, która dopiero nieśmiało stuka do drzwi zachwycają oko każdego swym ciepłym żółtym kolorem. Kolorem słońca minionego lata.

 
Za szybą autobusu cały czas staruszkowie podziwiali zmiany, jakie się dokonały. Z ich rozmowy dało się usłyszeć, że nie podróżowali do miasta na K. od pięciu, czy sześciu lat. Jeśli jednak wcześniej podróżowali to tylko samochodem. Było to zapewne powód przez który starszy pan nie wiedział, jak i gdzie ma skasować bilet. Był on wyjątkowo aktywny, kiedy mijali nie widziane dawno zabudowania. Szczególnie zwrócił jego uwagę opuszczony tartak. Wspominał on swojej towarzyszce, że kiedyś kupował tam drewno na schody. Teraz budynek stał sam, zniszczony i bez śladu działania człowieka. Z pełnym przekonaniem powiedział, że budynek musiał się spalić. Chłopak, który cały czas rozkoszował się ich ni to starczym, ni dziecięcym rozmowom wiedział, że było inaczej. Przecież często mijał to miejsce i wiedział, że tartak splajtował. Podobnie jak większość dawnych nierentownych przedsiębiorstw. Takie firmy są jak stare rośliny w ogrodzie, które po przesadzeniu w nowe miejsce, albo się przyjmą i zakwitną nowym blaskiem, albo nie przetrwają szoku i tracąc wszystkie liście stracą całą wolę życia. Jednak chłopaka też zastanawiało, dlaczego tartak w tak szybkim czasie zaczął wyglądać, jakby przeżył pożar, choć nie było tam najmniejszego śladu po żarłocznych i agresywnych płomieniach.

(…)

Udostępnij: