Indygo – 4 –

Im autobus zbliżał się oraz bardziej do przystanku tłumek przy zatoczce gęstniał.
Każdy przecież chciał być pierwszy, zająć swój fotel, uniknąć nudnego i uporczywego stania
podczas jazdy. Napięcie rosło z każdą sekundą zbliżającego się autobusu. Przypominało ono
to będące w jeszcze cicho mruczącej chmurze burzowej, która lada chwila miała wybuchnąć z
całą swoją siłą. W tym dniu na taką chmurę nie można było liczyć. Aura była pogodna, ciepła
i cicha. Podobna wczesnej starości, której nie dokucza jeszcze, aż tak mnogość przeżytych lat.

Kiedy wreszcie autobus nadjechał i otworzył swe wrota do lepszego życia po wypłacie
za mozolnie wykonywaną pracę mozaika różnie ubranych ludzi wlała się do środka. Byli jak
fala na przerwanej tamie, jak niespodziewane tsunami, jak herbata wylewająca się z pękniętej
szklanki, jak listopadowe wiatry zapowiadające pierwszą śnieżycę. Wcześniejszemu zaspaniu
miejsca ustąpiło nagłe pobudzenie, które po pierwszych sekundach jazdy powróciło, jak
wraca pajęczyna babiego lata, zerwana przez nieostrożnego człowieka. Wróciło szybko i
gwałtownie, jakby wcześniej nie zostało niczym zmącone. Znów wśród pasażerów
przyśpieszonej linii autobusowej pomiędzy miasteczkiem na S. a miastem na K. zapanowała
przyjemna cisza i melancholia, jaka panowała również w całym otaczającym świecie.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, a może zupełnie specjalnie chłopak o przenikliwym
spojrzeniu i para staruszków usiedli obok niebie w tej części autobusy, gdzie są po cztery
siedzenia. Całą drogę z przyjemnością ich obserwował. Podobało mu się to z jakim
szacunkiem się do siebie zwracali. Było coś uroczego w pełnym dziecięcej nieporadności
zmaganiu starszego pana ze skasowaniem biletu. Najpierw próbował go skasować przy
pomocy przycisku do otwierania drzwi, potem szukał kasownika przez dłuższą chwilę. Kiedy
już go znalazł skasował oba bilety z dwóch stron, myśląc że tak należy, przecież rasa biegła
przez dwa miasta. Widać było, że swoim zachowaniem rozśmieszył nie tylko swoją
towarzyszkę, ale i kilkoro z pośród pasażerów. Było to coś w rodzaju wesołego promienia
słońca na jesiennym niebie szczelnie zapełnionym sinymi i smutnymi chmurami
zapowiadającymi rychłą ulewę. Taka właśnie była ta para staruszków. Byli oni ożywiającym
promieniem wśród zaspanych pasażerów autobusu linii przyśpieszonej kursującej na trasie
urocze miasteczko na S. a miasto na K. Rozjaśniali swoim pogodnym nastawieniem całą
zaspaną przestrzeń dookoła.

(…)

0
Udostępnij: