Indygo -3-

     Podczas, przecież krótkiego oczekiwania na autobus, wzrok chłopka padał to na pobliski kościół, to w stronę skąd miał nadjechać autobus, to na pozostałych oczekujących. Spośród całego otoczenia w pewnej chwili zwrócił szczególną uwagę na lekko zdezorientowaną parę staruszków. Nie wiadomo dokładnie, czy to sam z siebie chłopak zwrócił uwagę na tych dwojga, czy to jego głębokie i badawcze spojrzenie, czy sama jego latająca półtora metra nad ziemią dusza dostrzegła w nich swoich braci. Było w nich coś wyjątkowo spokojnego i cichego. Mimo, że rozmawiali za głośno, co jest nieodłącznym defektem pięknej starości, mieli w sobie dużo spokoju i ciszy. Biły one od nich nieustającym blaskiem dostojnej starości. Byli być może parą, choć z ich rozmowy nie dało się tego jednoznacznie stwierdzić. Ona mówiła do niego kochany. Słowo to w ustach tej uroczej starszej pani było tak ciepłe, jak promień sennie jeszcze padającego słońca. Dało się w nim usłyszeć cały bagaż lat, jaki przebyli ze sobą. Mogli przecież być rodzeństwem, albo dopiero co poznaną parą na niemodnym już dziś dancingu. Znów starszy pan zwracał się do niej bezosobowo, ale również z ogromną troską i ciepłem, jaki bardzo często występuje w głosie starszych osób, kiedy zwracają się do kogoś dla siebie ważnego. Stali oni z dwiema walizeczkami na kółkach. Tak jak reszta czekali na autobus przyśpieszony linii urocze miasto na S. a miasto na K. Jednak nie jechali oni do pracy. W ich wieku już dawno przerzuca się na garnuszek państwa, na które oni sami kiedyś pracowali, odbudowywując je po wojennej zawierusze. Z ich wspólnej rozmowy można było dosłyszeć coś o pociągu i o tym, że szybciej jest jechać na dworzec do miasta na K. autobusem, niż pociągiem.

Może bijące od nich ciepło dojrzałego życia, a może coś innego właśnie zwróciło uwagę chłopaka na nich. Na chwile skupił całą swą baczną uwagę na nich. Przypominali mu oni trochę nadchodzącą nieśmiało jesień. Ciepły poranek z chłodem nadchodzącego końca lata, to było coś co przybliżało ich do panującej aury. Kiedy tak chłopak zatrzymał się na ułamek sekundy, a wraz z nim jego spojrzenie i dusza, staruszkowie byli wręcz aż za nadto poruszeni. Musieli kupić bilety w automacie, bo to tańsze jak kiosk. Nieporadnie i z iście dziecięcym zagubieniem poradzili sobie w ostatnim momencie. Nadjechał autobus. Było to bardzo ciekawy moment. Przypominał drzewa, które na jesieni obsypane już złotymi liśćmi, nagle targa gwałtowny i przerażająco zimny wiatr. Zrywa on wówczas co do jednego całą strojną suknię jesieni, tkaną pieczołowicie przez pierwsze jesienne miesiące delikatnymi łuskami barwnych liści. Tak i teraz wszyscy zerwali się nagle dostrzegając zbliżający się autobus. Widok pojawiającego się zza oddalonego zakrętu znanego każdemu z obecnych autobusu linii przyśpieszonej wyrwał ich z sennego oczekiwania, które tłumaczyła pora dnia oraz błoga aura. Cisza ich oczekiwania została przerwana. Podobnie chłopak, przestał
obserwować parę staruszków, tylko zbliżył się do zatoczki autobusowej. Jego spojrzenie znów zaczęło wędrować po otaczającym go świecie. Wydawałoby się, że nagłe poruszenie przyszłych pasażerów autobusowej linii przyśpieszonej z miasta na S. do miast na K. jest odczuwalne przez cały świat. Jednoczesne poderwanie kilkunastu zaspanych ludzi, każdego z osobna i bez wyjątku, łącznie z zamyślonym chłopakiem o przenikliwym spojrzeniu, jak i parą staruszków. Taki widok mógłby zrobić wrażenie na człowieku, tylko na człowieku. Cały świat żył nadal swoim życiem. Obłoczki nadal sennie wędrowały po niebieskawym niebie, słońce świeciło ospałym blaskiem, liście bez pośpiechu złociły się na gałęziach brzóz, a patyna w jedynie sobie znanym tempie pokrywała dach kościoła. Tylko gdzieś w oddali
zerwało się stado gołębi, będących wiernym odzwierciedleniem tłumku oczekujących.

(…)

Udostępnij: