Indygo -2-

     Dokładnie ta wolna dusza chłopaka zawlokła go dzisiaj, niemalże o świcie na
przystanek sąd odjeżdża autobus przyśpieszonej linii międzymiastowej pomiędzy uroczym
miastem na S. a mniej uroczym, ale za to większym miastem na K. Z wolną duszą już tak jest,
że ciągnie za sobą człowieka z jednej części świata na drugą, nie wiadomo nawet dlaczego.
Czasem pod płaszczykiem kupna papierosów wywleka swojego nosiciela na trzy lata i smaga
nim wiatrem bezczasu, tylko po to aby później wrócił nie pamiętając po co właściwe wyszedł.
Tak i ta dusza postanowiła się wybrać do miasta nieopodal w celu wiadomym tylko jej. Być
może zawlokła chłopaka na spotkanie ze swymi pobratymcami, duszami równie wolnymi
zamieszkałymi w mu podobnych lub opuszczonych kamienicach, starzejących się poetycko.
Mogła również zapragnąć trochę się porozglądać i poszukać ciekawych miejsc, bo takie byty
szybko się nudzą, szczególnie w mieście na S. Oczywiście miasto to nie jest złe. Sprowadziło
ono na ten świat, gdzie tak pięknie brzmi i pachnie uwertura jesieni, wiele takich dusz.
Niestety nie wiadomo dlaczego nie potrafiło ich zatrzymać na dłużej. Kiedy tylko nosiciel
duszy jest w stanie poruszać się samodzielnie koleją wywiewa go na żaglu wrodzonej
ciekawości w szczęśliwie nam panujący świat. Potem taka dusza wraca do uroczego
miasteczka na S. na chwilę lub dwie. Wówczas zamyśli się troszeczkę, powspomina tylko to
co dobre, weźmie kilka oddechów powietrza pełnego aromatów swojego początku i wyjedzie
prędko uroniwszy jedną łezkę w ukryciu.

W tym przypadku dusza dopiero ćwiczy swojego nosiciela, który jej ćwiczeniom się
nie poddaje. To przez te oczy myśli bezradne dusza. Już wcześniej chciała go wyciągnąć i
wyrwać do innego miasta, jak to tak silne dusze mają w zwyczaju. On jednak nieugięty
pozostał tam gdzie był i żył wcześniej. Teraz znów próbowała go namówić na wyjazd, choćby
niedaleko, tylko do miasta na K. Chłopak w ostatnim czasie polubił to miasto, choć wcześniej
mogło by dla niego nie istnieć. Zbyt dużo dobrych rzeczy go w nim ostatnio spotkało. Być
może przez to na jeden ulotny moment sam sobie spojrzał głęboko w oczy i wpadł we własne
sidła. Był jednak silniejszy i potrafił z nich wyjść, jak pająk który wie, po której nici ma
stąpać. Dzięki wrodzonemu sprytowi potrafił się wywinąć z nieracjonalnych zakusów swojej
własnej duszy. Tym razem, jednak gdzieś jechał, wodzony jej kurczowym namowom. Mimo,
że kochał lato i wszystko co z nim związane, ucieszyła go poranna rześkość powietrza. Po raz
pierwszy od dłuższego czasu mógł poczuć, jak każdy oddech lekko łaskocze i wypełnia
chłodnym orzeźwieniem całe płuca. To chyba, prócz szeleszczących pod stopami liści lubił w
jesieni najbardziej. Mimo, że jesień miała dopiero nadejść.

Stojąc i przynależąc do nietrwałego organizmu oczekującego autobusu rozglądał się
po współoczekujących. Zarówno przekrój wiekowy, jak i finansowy przyszłych pasażerów
linii autobusowej przyśpieszonego autobusu miasteczko na S. a miasto na K. był olbrzymi.
Zadziwiające, jak w około dwudziestoosobowej, a nawet mniejszej grupie przypadkowo
zgrupowanych ludzi można zobaczyć odbicie zwierciadlane całego narodu. Chłopak stał
wśród swoich, ale był nieswój. Wiedział to już od dziecka. Od zawsze czuł więcej, dostrzegał
mnogość szczegółów nawet w najprostszej czynności i przeżywał wszystkie emocje kilka
razy mocniej, niż przeciętny szary mieszkaniec miasteczka na S. Tak było również i tym
razem. Na twarzach wszystkich osób malowało się monotonne i delikatnie jeszcze zaspane
oblicze szarej codzienności. Pracy powszedniej. Nikt nie dostrzegał mnogości barw, jakimi
zaczynał malować otaczające zewsząd rośliny przemijający czas. Tylko pełne szafirowego
blasku oczy chłopaka dostrzegały całe piękno świata.

(…)

 

Udostępnij: