Indygo – 1 –

Jesień stała na progu, mimo że był to jeszcze sierpień. Dokładnie jeden z ostatnich jego dni. Po wyjątkowo upalnym lecie pojawiły się pierwsze chłodne poranki. Czas kiedy o poranku świat jest pokryty rześką rosą i powleczony delikatną pajęczą siecią. Prawdziwe, liryczne i Polskie babie lato. Na otaczających drzewach czas malował pierwsze kolory zwiastującej jesieni. Lekki wietrzyk poruszał sennie długie brzozowe witki, które były już zmęczone przedłużającymi się upałami. To właśnie te drzewa zdawały się najbardziej cierpieć z powodu tropikalnej pogody, jaka panowała nieugięcie i despotycznie nad wszystkimi dniami minionego lipca i mijającego właśnie sierpnia. Sędziwe kasztanowce również przybrały już kolory iście jesienne, ale one zawsze lubią wychodzić przed szereg. Są niczym znane każdemu memento mori, przypominające wakacjującym się śmiertelnikom, że wszystko ma swój kres, nawet to dopiero co rozpoczęte lato.

Słońce również dobrało już sobie iście jesienny blask. Światło tego poranka było, jakby prześwietlone przez miękki i ciepły filtr kamery nagrywającej pieczołowicie sceny z życia Amelii Poulain. Podkreślało ono jeszcze bardziej, powolutku i z lekkimi oporami złocące się liście. Cała natura idealnie kontrastowała z błękitnym niebem, na którym gdzie niegadzie kłębiły się niewinne obłoczki. Nawet nie zapowiadało się na najmniejszą kroplę deszczu, która by przebiła się przez lekkie powietrze sierpniowego poranka. Wszystko było świeże i czyste. Niczym nie zmącony poranek zapowiadający piękny koniec, wyjątkowo udanego lata.

Na pewnym przystanku autobusowym w uroczym mieście na S. stała mała grupka ludzi. Każdy przyszedł osobno ze swojego osobistego wszechświata dnia codziennego. Lecz w tym momencie wszyscy stali się jednym organizmem oczekującym autobusu. Niektórzy byli jeszcze ubrani, jakby na dworze panowała bardzo wysoka temperatura. Mieli ubrane szorty i koszulki z krótkimi rękawami. Bardziej przypominali plażowiczów, jak ludzi udających się co rano do swojej karmicielki ? pracy powszechnej. Oczywiście nie wszyscy pasażerowie autobusu linii przyspieszonej do większego miasta, zdaje się chyba na K. byli ubrani w iście wakacyjne stroje. Ci co już dawno pochowali letnie stroje głęboko w swoich szafach, gdzie panowała odwieczna wojna światów moli i naftaliny byli ubrani jakby na zewnątrz panowała już głęboka i mroczna jesienne słota. Długie rękawy kurtek przysłoniły dokładnie opalone ramiona, a nogawki sięgające do chodnika nie zawsze proste nogi. Spoglądali oni z ukosa na tych ubranych jeszcze po sierpniowemu. Z oburzeniem zerkali na współoczekujących jeszcze letnio odzianych spod zwałów szalików wijących się na ich szyjach przypominających bardziej drzewa obwieszone monstrualnymi boa, jak przeciętnych i szarych pasażerów linii autobusowej z miasta na S. do miasta na K. Dokładnie tak, ci już przygotowani na nadejście prawdziwej, przenikającej chłodem i wilgocią, szarej jesieni, kiedy już na drzewach nie ma śladu nawet najmniejszego listka, mieli ubrania we wszelkich odcieniach szarości. Może z wyjątkiem pewnej dziewczyny. Miała ona ubrany i wyróżniający się żółty beret.

Oczywiście wśród tej gromady zmierzającej o poranku do wodopoju zarobkowego byli też i tacy przeciętni, nit to jeszcze letni, ni to już jesienni. Można by powiedzieć, ubrani stosownie do warunków atmosferycznych, panujących tego lirycznego poranka pełnego jesiennego spokoju i melancholii. Zawsze znajdzie się taka mała grupka przygotowanych odpowiednio do życia osobników. Jak widać, nawet w pełnej nostalgii i rozpoetyzowanej atmosfery znajdzie się miejsce dla pozbawionego uczuć doboru naturalnego. Właśnie w tej grupie stał pewien chłopak. Był tam, ale tylko ciałem. Dusza już dawno odkleiła się od niego i fruwała gdzieś po okolicy. Jedynym elementem, jaki trzymał ją jeszcze przy chłopaku były jego błękitne oczy o spojrzeniu przypominającym głębie najgłębszego z mórz. To w nich właśnie odbijało się całe piękno panującej tutaj i teraz aury. Błękit nieba, miękkie światło słońca, malujące się w złotawe barwy liście, delikatnie i ospale tańczące na wietrze gałązki brzóz, wiecznie pełne głodowego obłędu gołębie spojrzenia, pokryty baśniową patyną dach pobliskiego kościoła, żółty beret przygotowanej już na jesień dziewczyny obok, rude liście kasztanowców, głęboka i przerażająca czerń sutanny przechodzącego księdza, niespodziewanie żywa zieleń mchu wyrastającego wytrwale spomiędzy kostek brukowych chodnika, soczysta czerwień przydrożnej kwiaciarni, feeria barw kwiatów w przykościelnym ogródku i całe piękno oraz brzydota świata odbijały się w tych oczach. Choć, co jest wiadome, nie dostrzegał głębi swoich oczu. Nie lubił ich. To przez nie czasem spotykał się z krzywymi spojrzeniami mijających go osób. Czasem nawet niektórzy zrażali się do niego, tylko z powodu tego spojrzenia, które było pełne czegoś nieziemskiego. Większość osób podświadomie się tego bała, tak jak młody człowiek lęka się śmierci. Woleli go przekreślić na wstępie, jak spotkać się z tym przenikającym spojrzeniem, które pochłaniało każdy szczegół świata, na który padło. Ci, którzy się poznali byli nieliczni i zazwyczaj podobni do niego.

c.d.n…

Udostępnij: