Jedzonko

Czy to w ogóle ma sens?

Jedzenie, pożywienie, jadło, żarcie, małe co nieco, wyżerka, żywność, uczta, pokarm… słowa, które w świecie nastawionym na konsumpcję są nieodłącznym aspektem codzienności. Spektakl „Jedzonko” w reżyserii Katarzyny Szyngiery to studium nad czynnością spożywania, kiedyś będącej podstawą przeżycia, dziś urastającą do rangi mody i nierzadko obsesji. Treści płynące ze sceny Małopolskiego Ogrodu Sztuki (Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie) są niewątpliwie ważne, choć czy po tym co zobaczyłem mogę powiedzieć, że dowiedziałem się czegoś nowego o świecie? Niestety, nie.

Bogactwo treści, którymi zostało nafaszerowane to ponad dwugodzinne przedstawienie sprawiło, że po opuszczeni widowni miałem uczucie podobne do przejedzenia się daniem jednogarnkowym, w skład którego weszła niezbyt już świeża zawartość wszystkich półek w lodówce. Chyba lepiej było by czuć się jak po konsumpcji subtelnej kompozycji smaków z restauracji chwalącej się gwiazdką Michelina, prawda? Jest tu obecna rodzinna psychodrama, połączona z samoobalaniem mitu przez świętującego dziewięćdziesiąte urodziny dziadka (Feliks Szajnert); satyra z podejścia do ucztowania i znajomości tajników sztuki sommelieri; pokazywanie w krzywym zwierciadle postaw osób uważających się za proekologiczne oraz dużo jedzenia, pałaszowanego przez aktorów na oczach publiczności.

Główną odpowiedzialną za menu wieczoru jest córka (Lidia Bogaczówna), która opiekuje się seniorem rodu. Co chwila dumnie prezentuje pieczołowicie przygotowane potrawy. Wszystkie składniki z Kleparza! Ma być smacznie, naturalnie oraz ekskluzywnie. Oczywiście pozostali członkowie rodziny doceniają jej starania, jednak widać, że woleli by zjeść dania klasyczne. Otoczenie jednak nie zapowiada tradycyjnej biesiady, mieszkanie jest luksusowe, kieliszki lśnią, zastawa zmienia się z każdym daniem – przypomina to bardziej drogą restaurację, niż mieszczański dom. Panuje przepych i aura samouwielbienia. Udziela się ona nie tylko gospodyni, ale pozostałym osobom. Widać tu jak na dłoni rywalizację dwóch dorosłych córek jubilata, nie ma końca przechwałkom, docinaniu o osiągnięciach dzieci, czy diecie. Poza tą pocztówką z rodzinnego obiadu, jakby senny koszmar wdzierają się aktorzy przebrani za otyłe kury z masowej hodowli. Są skołowane, ich stanowiska co do własnego życia to mieszanina poglądów i opinii. Zarówno tych negujących ten sposób traktowania zwierząt, jak również całkowicie za nim przemawiająca. Nie wiadomo kto tu ma rację.

Można rzec, że spektakl stawiający problem nadmiaru na pierwszym miejscu, został przez ten nadmiar pokonany. Chce się tu na siłę pokazać jego obecność w każdym aspekcie życia, przez co momentami można zatracić się w mieszaninie myśli. Oprócz niedomkniętych spraw z przeszłości i wzajemnych przytyków członków rodziny, mowa tu też o masowej hodowli zwierząt, śladzie węglowym, produkcji syntetycznego mięsa a nawet wyczerpujących się zasobach planety. Wszystkie poruszane tematy to zbiór medialnych nagłówków, skrzętnie przetworzonych na scenariusz teatralny przez Katarzynę Szyngierę, Marcina Napiórkowskiego i Mirosława Wlekłego.

Wstrząsająca w przedstawieniu, tyle mówiącym o jedzeniu, jest opowieść seniora rodu o swojej przeszłości. Historia o Wielkim Głodzie na Ukrainie brzmi wymownie, kiedy na stole aż brakuje miejsca od dostawianych co chwila wykwintnych potraw. Wspomnienia świadka Hołodomoru przerażają, kiedy pozbawieni pożywienia ludzie wyzbyli się uczuć, liczyło się tylko przetrwanie jednostki. Więzy krwi przestały grać rolę, myślenie racjonalne zastąpił szał. Być może doświadczenia przodków, którzy często, jeszcze na początku XX wieku, doświadczali problemów żywnościowych, tkwią w nas do dziś, przez co wpadamy w szał objadania się? Po emocjonalnej opowieści nastąpiło rozładowanie napięcia, rozpoczęła się bitwa na jedzenie. Obraz współczesności, gdy jedzenie stało się tak łatwo dostępne, że ludzie zaczynają się nim bawić, jest w gruncie rzeczy równie przerażający, jak ten z przeszłości, z brakiem żywności. To, co je łączy, to ciągłą gonitwa ku posiadaniu produktów i konsumowaniu bez opamiętania. Pozostaje sobie zadać pytanie, czy robiąc spektakl o marnotrawstwie jedzenia, warto używać je na scenie i – o zgrozo – wykorzystywać do zabawy w bitwę?

Wisienką, a raczej truskaweczką, na torciku krakowskiego przedstawienia był monolog Macieja Pesty w roli wspomnianej truskawki – teatralny deser po obżarstwie problemami i mnogimi wątkami. Z jednej strony postać komiczna, kiedy mówiła o tym, że sama jest sztucznym tworem, wynikiem krzyżówki dwóch gatunków poziomek, ale jednocześnie przerażającą skrupulatnością punktowania grzechów przeciwników GMO, którzy zajadając się jej podobnymi wytworami, blokują przekazanie nasion Złotego Ryżu dla Afryki. Krótkowzroczność społeczeństwa, okrzykniętego przez siebie samego postępowym, bije po oczach. I to tę myśl uważam za najważniejszą w pożywnym spektaklu Katarzyny Szyngiery.

Marcin Napiórkowski, Katarzyna Szyngiera, Mirosław Wlekły
„Jedzonko”
Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie, Scena Małopolskiego Ogrodu Sztuki, premiera 11 września 2020
reżyseria: Katarzyna Szyngiera
wystepują: Lidia Bogaczówna, Marta Konarska, Agnieszka Kościelniak, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Karol Kubasiewicz, Maciej Pesta, Sławomir Rokita, Feliks Szajnert

e-teatr

Udostępnij: